wtorek, 26 listopada 2024

Pociągnięcie pióra. Zagubione opowiadania - Terry Pratchett

Zwykle bardzo nie lubię tego typu zbiorków - opowiadania niby to wygrzebane z szuflady po śmierci autora i wydawane przez jego rodzinę, by jeszcze trochę zarobić na twórczości słynnego ojca czy wujka. Uważam, że opowiadania takie albo są podejrzane (czytaj - nie zostały napisane przez tego, komu przypisuje się ich autorstwo, ale "wytworzone" przez członka rodziny celem zarobku), albo autor uznał je za zbyt słabe do publikacji lub nie miał pomysłu na ich dokończenie. Tym razem jednak skusiłem się, bo historia jest zupełnie inna...

W książce tej znajdujemy opowiadania, które zostały opublikowane dawno temu (zanim ich autor stał się znany jako pisarz), a że tworzone były pod pseudonimem, to dotarcie do nich samo w sobie jest interesującą historią (zawartą wewnątrz niniejszej książki). To przyciągnęło moją uwagę, chociaż nie jestem tak wielkim fanem Pratchetta, by czytać jego książki pasjami. Przeczytałem kilka, podobały mi się, ale to raczej odskocznia. I właśnie dlatego mogę opowiadania te ocenić w miarę obiektywnie, nie będąc pod wpływem "geniuszu autora".

Większość opowiadań to wprawki lub krótkie formy, bazujące na pojedynczym pomyśle (nie zawsze odkrywczym), co nie powinno dziwić - były bowiem pisane na potrzeby gazety i publikowane jako krótki przerywnik dla szerokiego grona. Są więc nieskomplikowane, często wywołują drobny uśmieszek, ale nie ma w nich niczego "wielkiego", nie skłaniają do refleksji. Ich zaletą jest to, że czyta się je bardzo szybko i bezboleśnie (są "gładkie", bez zgrzytów i ciężkich fragmentów). Dodatkowo, w wielu tekstach można się dopatrzeć wątków, które później zostały wykorzystane w powieściach, kiedy Pratchett był już uznanym autorem, co z pewnością będzie gratką dla jego prawdziwych fanów.

Co ciekawe, nie wszystkie opowiadania mają ten sam, Pratchetowski styl. Niektóre są, powiedziałbym, pozbawione osobistego stylu w ogóle. Takie odczucie miałem czytając kilka opowiadań świątecznych. Wydaje mi się ponadto, że opowiadania zawarte w zbiorku ułożone są w taki sposób, że pod koniec znajdują się najlepsze z nich. Przynajmniej mnie najbardziej podobały się te, które były bliżej końca.

Prawdziwą perełką jest opowiadanie ostatnie, najdłuższe, w którym czuć najwięcej klimatu i stylu autora, a od którego zaczęła się cała przygoda z powstaniem tego zbioru. Cieszę się, że właśnie to opowiadanie jest na końcu, bo pozwoliło mi zakończyć spotkanie z tą książką w stanie kompletnego zadowolenia, którego i Wam życzę.

Cenę tej książki można sprawdzić:

sobota, 23 listopada 2024

Stado - William Wharton

Dzisiaj o książce, którą niedawno skończyłem, a która zrobiła na mnie duże wrażenie. To książka mądra, a przy tym nie narzucająca swojej mądrości. Nie ma tu ciągłych powtórzeń, truizmów, moralizatorstwa i wyjaśnień symboliki. W zasadzie można by przeczytać ją bez refleksji, ciesząc się opowieścią. Można jednak przystanąć i zastanowić się przez chwilę, by wyciągnąć z niej całą gamę wniosków dotyczących wartości, rodziny, miłości, przywiązania, zaufania, etc.

Książka ta przypomina mi twórczość dwóch innych pisarzy, których bardzo cenię. Początkowe rozdziały przypomniały mi Johna Steinbecka i to nie tylko dlatego, że tło przypomina "Grona Gniewu" (przynajmniej tak mi się wydaje), ale ze względu na dbałość o detale w narracji. Dalsza część skojarzyła mi się jednak z Johnem Irvingiem, którego bardzo cenię. I znów mam wrażenie, że nie chodzi jedynie o relacje ludzko - zwierzęcą, ale o narracje samą w sobie. Jak by nie było, pod kątem kunsztu literackiego, książka bardzo przypadła mi do gustu.

Sama historia, mimo, że interesująca, nie porywa. Ot, toczy się. Jednak przyjemność, jaką daje lektura pięknie zbudowanych zdań pozwala chłonąć kolejne wydarzenia z lekkością. Opowieść wiedzie dwutorowo i długo nie wiadomo co łączy oba wątki i czy opisywani bohaterowie kiedyś się spotkają. Szczegółów nie zdradzę, ale kiedy zauważamy podobieństwo obu tych historii jest ono przyjemnie zaskakujące i skłania do przeanalizowania systemu własnych wartości.

To powieść bardzo dobra, a przy tym nie długa, co sprawia, że z czystym sercem poleciłbym ją każdemu, nawet niezaawansowanemu miłośnikowi dobrej literatury.

Oceny (legenda tutaj):
  • Kunszt: 9 (Bardzo dopracowane.)
  • Lekkość Pióra: 8 (Łatwe i przyjemne w odbiorze.)
  • Akcja: 7 (Nie jest tu najważniejsza.)
  • Bohaterowie: 8 (Główni są bardzo dopracowani i przyjemnie poznaje się ich losy.)
  • Zakończenie: 8 (Mnie wydało się mocne.)
  • Ocena Łączna: 40/50

wtorek, 5 listopada 2024

Rewolucja z dostawą na miejsce - Marek Oramus

Zbiorek opowiadań, po który sięgnąłem przez przypadek - miałem mało czasu i chciałem przeczytać coś krótkiego. I tak, sięgałem po ten tomik od przypadku do przypadku, aż w końcu go przeczytałem, chociaż zajęło mi to chyba miesiąc. Tym razem mogę się wypowiedzieć na temat ogółu opowiadań, a nie pisać po kolei, albo odnieść się tylko do tych, które mi się podobały. Odebrałem je wszystkie bowiem w bardzo podobny sposób.

Wszystkie opowiadania oparte są na znakomitych pomysłach. Wszystkie wspaniale się zaczyna - mają przyjemną narrację. Wszystkie jednak bardzo szybko się nudzą. Brak im rozwinięcia, zwrotu akcji i pointy. Są to historyjki, które można by uznać za pomysły na opowiadania, a nie gotowe utwory. Traktując je w ten sposób - mają potencjał. Myśląc o nich jak o skończonym dziele - są nieporozumieniem.

Autor wyraźnie zaznacza temat, o którym chce napisać, a potem przez kilkanaście albo kilkadziesiąt stron krąży wokół, przyglądając mu się z każdej perspektywy, jakby nie wiedział którą z nich wybrał i w rezultacie postanowił użyć wszystkich. Dobry pomysł staje się w ten sposób przegadany i zarzucony różnymi wersjami tych samych spostrzeżeń. Jako czytelnik byłem znudzony przed końcem chyba każdego z opowiadań, mimo początkowej ekscytacji tematem.

Być może taka forma ma swoich zwolenników, do których ja nie należę. Być może utwory zestarzały się i brak im świeżości (chociaż czytuję książki pisane w różnych epokach i nie spotykam się z taką manierą). Może, w końcu, czegoś nie dostrzegam. Po tej dawce (o ile jest to reprezentatywny przykład) wniosek nasuwa się jeden - twórczość Marka Oramusa nie jest dla mnie.