Miałem ochotę przeczytać jakieś fantasy w stylu retro i na półce rzucił mi się w oczy Kull Zwycięzca. To musiało być to - proste heroic fantasy, najeżone walką, gdzie główny bohater jest niepokonanym barbarzyńcom, pokonujacym zastępy wrogów wszelkiej maści. Miłość, zdrada, czarna magia, magiczny artefakt i ocalenie świata - tego mi było trzeba. Tym razem się nie zawiodłem. Otrzymałem dokładnie to czego szukałem. Okazało się, że... w moich wspomnieniach tego typu powieści były nieco lepsze.
Spodziewałem się, że opowieść będzie przesadzona i naiwna, ale zapomniałem, że warstwa językowa i fabularna nie jest najwyższych lotów. Narracja jest mocno niezrównoważona, czas w jednej scenie pędzi, w innej zaś stoi w miejscu. Bohaterowie są płascy, a motywacje nazbyt oczywiste. A jednak jest w tej powieści czar minionych lat. Ksiązki i filmy tamtego okresu miały w sobie to niezidentyfikowane "coś", co sprawiało, że odbiera się je z lekkim uśmiechem na ustach.
Książka krótka (ledwie 180 stron), więc i recenzja jest krótka. Oceny punktowej nie wystawiam, gdyż byłaby mało reprezentatywna - niska na tle innych i nieoddająca wrażeń, jakie towarzyszyły mi przy lekturze. Ot - stare, proste heroic-fantasy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz