piątek, 8 maja 2026

Jesienne Wizyty - Siergiej Łukjanienko

Znalazłem przypadkiem kolejną książkę Łukjanienki i po prostu musiałem ją przeczytać. Niestety, oczekiwania miałem bardzo wysokie. Nie pomógł też fakt, że ostatnio trudno mi znaleźć w głowie spokojne miejsce na czytanie i potrzebuję czegoś, co naprawdę mnie wciągnie. W przypadku tej powieści dotarłem do końca, ale były chwile, kiedy czytałem bez przyjemności. A skoro to mamy już z głowy...

Początek był naprawdę dobry. Łukjanienko umie pisać, wciągać czytelnika w akcję i sprawiać, że książka jest łatwa i przyjemna. Byłem więc zadowolony i pierwsze sto stron śmignęło nie wiem kiedy. Później jednak zaczęły się schody, książka straciłą swój rytm, miejscami odnosiłem wrażenie, że czytam ciągle to samo, te same wydarzenia, podobne rozmowy, kręcenie się w kółko. Były momenty, kiedy akcja rwała do przodu, ale jestem pewien, że przynajmniej kilku rozdziałów mogłoby nie być. Odniosłem wrażenie, że były tam tylko dlatego, by dać wgląd co robią w tym czasie bohaterowie, którzy nie są obecnie w głównym nurcie akcji. Nawet nie po to, by pokazać ich charakter.

Pomysł na powieść, myśl przewodnia, zgranie ze światem realnym był na piątkę z plusem. Niestety wykonanie w tym przypadku to jedynie mocna trója. Z plusem za zakończenie. Wielka szkoda, bo widziałem potencjał, a do fabuły dotarły jedynie jego odbicia, odbłyski. Nie bawiłem się tak dobrze, jak bym chciał i cieszyłem się, gdy dotarłem w końcu do ostatniej strony.

Oceny (legenda tutaj):
  • Kunszt: 5 (Nic specjalnego.)
  • Lekkość Pióra: 5 (Oczekiwałem o wiele więcej.)
  • Akcja: 5 (Pomysł dobry, wykonanie mniej.)
  • Bohaterowie: 7 (Przemyśleni i charakterystyczni.)
  • Zakończenie: 6 (Nieco mocniejszy punkt fabuły.)
  • Ocena Łączna: 28/50

PS: Aż dziwi mnie, że książka tego autora otrzymałą tak niską ocenę.

piątek, 1 maja 2026

Komiksowy Miesiąc #19

Kilka miesięcy bez komiksów, ale teraz planuje wrócić do tego medium, głównie za sprawą większej ilości dziennego światła, które w mojej ocenie bardzo poprawia wrażenia czerpane z lektury powieści graficznych.

Najpierw chwyciłem za "Pogromców Niemożliwego", raczej po to, by na powrót oswoić się z komiksem. Nie podobało mi się jakoś bardzo, ale miało w sobie cos bardzo retro. Niedomówienia, dość surowa kreska, uproszczona fabuła, ale za tym wszystkim stała prawdziwa inspiracja, z którą w jakiś sposób miło było się zetknąć. Doświadczenie ezoteryczne, stąd tyle "jakoś" w tym opisie.

Nastepnie sięgnąłem po "Granicę", z uwagi na tego samego twórcę. Tu było lepiej, chociaż nadal były to jedynie jakieś urywki. Szkoda, bo temat wydał mi się ciekawy. Nabrałem ochoty na cos większego (i dokończonego).

"Ion Mud" to już dzieło większego kalibru. Pomimo tego, że początkowo odniosłem wrażenie, że komiks zawiera dłużyzny, to są to dłużyzny oszczędne w wyrazie, a jednak dające poczucie monumentalności opisywanego środowiska. Do sukcesu dokłada się gruby papier, który daje poczucie obcowania z produktem premium. Historia także nie zawodzi. A mimo to, po zakończeniu lektury mam jakiś niedosyt (nie z powodu opowieści, a raczej z powodu zbyt dużych oczekiwań).


piątek, 17 kwietnia 2026

Opus na trzy pociski - Andrzej Zimniak

Zapragnąłem przeczytać coś bardziej "retro" i mój wybór padła na zbiór opowiadań, wydany w 1988 roku, kiedy miałem siedem lat. Opowiadania fantastyczno-naukowe z tego okresu mają swój niepowtarzalny styl, który bardzo cenię. Ponadto, to okres, kiedy zaczynałem swoją przygodę z literaturą i książki te magicznie przenoszą mnie do tamtych, prostszych, dziecięcych czasów.

Zbiorek nie jest grubym tomiszczem, ale czcionka i układ stron, charakterystyczne dla wydawnictw z tamtego okresu sprawia, że teksty są dłuższe niż mogłoby się wydawać.

"Pęknięty Dzban" to opowieść o bardzo wyrafinowanej apokalipsie opartej na wojnie płci. Pomysł nie jest może bardzo oryginalny, ale jego egzekucja obfituje w niesamowite opisy krajobrazu i świata jako takiego. Jest on jak wyjęty z rzeczywistości, wykręcony i nierzeczywisty. Ten aspekt był dla mnie wyjątkowo przyjemny.

"Opus na trzy pociski" - tytułowe opowiadanie, które dla mnie jest istną synestezją. Nie przebrnąłem, bo zagubiłem się w zawiłościach opisów i nie widziałem żadnego sensu.

"Łowcy Meteorów" podobali mi się za to bardzo. Opowiadanie utożsamia powiedzenie "uważaj czego sobie życzysz" oraz dowodzi, że to dążenie do celu jest siłą napędową, a osiągnięcie go bywa momentem, kiedy tracimy sens. Nie udało mi się utożsamić z bohaterami, ale rozumiem sytuację.

"Umarł w butach" - po tym opowiadaniu pomyślałem tylko jedno, ale z uśmiechem: "a właściwie to dlaczego nie?".

"Potrójne życie Jamesa Olivera Chuckwooda" to świetnie napisana, dość humorystyczna opowieść o tym co by było, gdyby czas zaczął się cofać i wszyscy mogliby przeżyć swoje życie od tyłu, robiąc to samo, ale w odwrotnej kolejności. Zdawać by się mogło, że to coś na kształt "Ciekawego przypadku Benjamina Buttona", ale nie chodzi o przypadek jednego człowieka, ale o całą ludzką populację, skupioną wokół głównego bohatera. Z jednej strony zabawne, ale refleksja jest taka, że w którąkolwiek stronę wiedlibyśmy życie, jego koniec jest zawsze smutny.

Opowiadanie "Rzeźbiarze o poranku", chociaż także smutne, wydało mi się najbardziej rozbudowane i skłaniające do przemyśleń. Podobał mi się już sam pomysł, ale to, co z niego wynikło na przestrzeni tych kilku stron jest zupełnie niebanalne.

Zbiór kończy opowiadanie "Enklawy Szczęścia", które wydało mi się wtórne. Nie wiem, czy było takie te ponad czterdzieści lat temu, ale źle się zestarzało.

wtorek, 14 kwietnia 2026

Każdy Musi Płacić - Robert Foryś

Ja nie wiem, czy jestem aż tak rozkojarzony, ale ta książką czyta się wręcz okropnie. Jak tylko oswajałem się z jakimś fragmentem fabuły, akcja przenosiła się do kolejnego bohatera i kolejnej historii, by, jak mi się zdawało, nigdy nie powrócić do tego, z czym już się zaznajomiłem. Mylili mi się bohaterowie, miejsca, rody. To było wręcz okropne doświadczenie. Być moze, gdyby to rozbić na serial byłoby strawne, ale w postaci powieści było wręcz okropne. Nie doczytałem do końca, nie mogę też wiele napisać o części, którą przeczytałem, mimo że było to znacząco więcej niż pół książki, gdyż zwyczajnie nie byłęm w stanie śledzić akcji. Wiem mniej więcej co się działo, ale po 300 stronach powieści powinienem być już raczej wciągnięty w fabułę, zaznajomić się z postaciami, wybrać stronę, emocjonować się tym, co się dzieje... tymczasem zastanawiałem się cały czas kiedy to się skończy.

Dopuszczam możliwość, że z jakiegoś powodu nie mogłem się skupić na lekturze - zdarza mi się to coraz częściej, gdy mam wrażenie, że nie wiem co czytam, nie trafia do mnie opowieść ani sposób narracji, a jednak nadal trafiam na książki dobre, które mnie przyciągają. Ta taka nie była.