"Diddly Squat, Rok na farmie" to książka o tym, jak mieszczuch przeżywa swój pierwszy rok w kontakcie z naturą i jak bardzo nic o tym nie wie. Tej książki jednak nie czytałem. Prawdopodobnie w czasie, kiedy bym ją czytał, czytałem "Rok w Prowansji", który jest w zasadzie o tym samym. Ja zacząłem czytać o Jeremym Clarksonie - farmerze, dopiero w drugim tomie, gdzie opisuje swoje przemyślenia na bardziej skonkretyzowane tematy. Używa przy tym typowej dla siebie maniery, którą lubię i chętnie zderzam się z nią od czasu do czasu. To był właśnie taki czas.
Tym razem Clarkson łączy narzekanie na urzędników z covidem a narzekanie na sąsiadów ze swoimi brakami w kwestii obsługi maszyn rolniczych. Do tego dorzuca kilka opowieści o zwierzętach i "chwali się" najgorszymi uprawami rzepaku w okolicy. Pozostaje przy tym sobą, czyli upartym maniakiem, który chętnie naprawia wszystko za pomocą młotka i portfela.
Książka ma jednak jedną, ale za to bardzo ważną zaletę - jak większość książek Clarksona czyta się świetnie, ale nie jak większość jest ciągle o czymś nowym, więc nie staje się nużąca w połowie. Przeczytałem do końca z lekkim uśmiechem na twarzy i myślę, że jest to niezła książka, by zabrać ją na wycieczkę, kiedy nie ma zbyt dużo czasu na lekturę i dawkować sobie małymi porcjami.



